ptaszyska i nie tylko

Z niewiadomych powodów miałem „hodowlę” ptaków na werandzie. „Kopciuszki”(to takie małe szare ptaszyska) upodobały sobie półkę na kwiatek i tam zrobiły sobie gniazdo. Po kilku dniach przygotowań, rano zobaczyłem taki widok

Czyli zaczęło się. Kolejny dzień znowu przyniósł zmianę

Następny

I tak doszło do pięciu, niestety gdzieś zapodziało się ostatnie zdjęcie

Sam ptaszek wygląda tak, oczywiście „robi” za „dostawce pizzy dla maluchów

A one gardła maja wyjątkowo przepastne, tam chyba widać nawet żołądek, „paszcze” mają nieziemskie. W zasadzie takie pisklę składa się głównie z dzioba

Po kilku dniach „futrowania” przez rodziców w gnieździe zaczęło się robić ciasno

Coraz trudniej było uchwycić moment, w którym dzioby są otwarte. Ptaszyska udawały, że ich nie ma. Dopiero z większej odległości udało mi się zrobić takie zdjęcie

A tu już tuż przed opuszczeniem bezpiecznej kryjówki

Po 10 dniach od wyklucia ptaszyska odleciały i wreszcie można spokojnie wypić kawę na świeżym powietrzu bez obaw, że przeszkadza się w dokarmianiu młodych. W przyszłym roku chyba trzeba będzie porozwieszać jakieś „domki lęgowe”, żeby nie czuć się intruzem we własnym domu.

Wracając do bardziej przyziemnych rzeczy, we wtorek odebrałem od lakiernika dwa samochody, czyli Spidera 124, który uległ spaleniu i 850SC po poprawkach blacharsko-lakierniczych.

Oba auta pomalowane perfekcyjnie, od razu widać, że ten człowiek zalicza się do grona normalnych, białych ludzi, szanujących siebie i klientów. Tym bardziej żałuje, że moje auto malował pedał. Nikt mi nie powie, ze skrzywienia seksualne nie maja wpływu na psychikę…

Spalony Spider 124 wygląda teraz tak

Kolor został właściwie bez zmian, oczywiście na życzenie właściciela

Pewnie jest jakaś niewielka różnica w odcieniu, ale biorąc pod uwagę że nie jest to oryginalny kolor dla tego samochodu taki szczegół nie ma absolutnie żadnego znaczenia

Wewnątrz również nie ma żadnych pozostałości, które mogłyby świadczyć o przebytym pożarze

Teraz miesiąc „kwarantanny” i będzie można zabierać się za składanie. Z przyczyn oczywistych auto zostało przywiezione na lawecie.

850 SC w tej sytuacji musiało przyjechać na kołach. Za kierownicą rzecz jasna Łukasz, czyli jedyna osoba, której byłem w stanie powierzyć takie zadanie.

Ponieważ malowane były błotniki, pokrywa bagażnika, pas przedni i częściowo drzwi samochód chwilowo jest bez części białych elementów

Ale po kilku miesiącach „ubarwienie” powróci. Ponieważ kolor biały został uzyskany przy pomocy folii trzeba poczekać aż nowy lakier się „wysezonuje” i dopiero wtedy można bez obaw cokolwiek na niego nakleić bez obawy, że pod folią właściwa powłoka zacznie „żyć własnym życiem”

Podróż odbyła się bez żadnych przygód. Teraz jeszcze zbieżność i można „wysłać” 850-tke do Warszawy.